Akustyczne ubranie Ewy Farnej

Piosenkarka, kompozytorka i autorka tekstów. Prawdziwy wulkan energii, ale także niesamowicie wrażliwa kobieta. Czeskie obywatelstwo, polska narodowość…
 Ewa Farna – jedna dziewczyna, która zdobyła tysiące serc – nie ukrywam, że również moje!

Swoją przygodę ze śpiewaniem zaczęła mając zaledwie 12 lat, kiedy po brawurowym wykonaniu piosenki „Za młodzi, za starzy” wygrała jeden z odcinków programu „Szansa na sukces”. W 2008 roku wydała swoją

pierwszą polskojęzyczną płytę „Sam na sam”, niestety krążek wydany przez tak młodą wówczas Ewę nie sprzedał się w takiej ilości, jak jego czeski poprzednik. To jednak nie zniechęciło wokalistki do dalszej pracy. Farna uderzyła w polski rynek rok poźniej płytą „Cicho”, której promujący singiel o tym samym tytule zgarniał nagrodę za nagrodą, wciągając piosenkarkę na sam szczyt list przebojów. Jej kariera nabrała zawrotnego tempa. Następna płyta „Ewakuacja” ukazała się już w 2010 roku i okazała się niemniejszym sukcesem. W 2013 roku, po dłuższej przerwie, Farna zaskoczyła nie tylko swoich fanów, powracając jako dojrzalsza i świadoma tego, co chce robić kobieta z płytą „(W)INNA?”. Był to pierwszy krążek, do którego Ewa sama napisała teksty piosenek i wraz z zespołem skomponowała muzykę. Zadała nim wówczas pytanie, czy jest winna swojej inności, które okazało się bardziej kontrowersyjne, niż mogło się każdemu wydawać. Jej dotychczasowa twórczość przez te lata nie ulegała znacznym zmianom. Mocniejsze rockowe brzmienia to styl, w którym artystka była rozpoznawalna.

Nagle przyszedł rok 2015 i to właśnie on będzie głównym tematem mojego artykułu. Dla Ewy jest to czas prób, zmian i stwierdzenia, że inność to jej największy atut. Udowodniła to swoją najnowszą płytą „INNA”. A no właśnie, płyta…

Gdy wzięłam ją pierwszy raz do ręki, poczułam lekki strach. Farna zawsze lubiła zaskakiwać swoich fanów, ale to było coś zupełnie nowego. Za chwilę miałam usłyszeć swoją idolkę, czyli  rockowy wulkan energii, w akustyczno-jazzowych aranżacjach. Dosyć niepewnie rozerwałam folię i otworzyłam pudełko. Nagle coś wypadło na podłogę, podniosłam kartkę i zobaczyłam listę miast, w których odbędą się koncerty z najnowszej trasy (ale o tym poźniej ;) ). Włożyłam pierwszą płytę do laptopa, założyłam słuchawki i zaczęłam słuchać. Podczas 40 minut poczułam się, jakbym przeniosła się do innego świata, byłam absolutnie zachwycona! Dziewięć bardzo dobrze mi znanych utworów, przed chwilą wybrzmiało w moich uszach w zupełnie nowym ubraniu, nowej odsłonie. Zaczęło się od „Śmiej się”, całkowicie pozytywnej i optymistycznej piosenki, którą Ewa wykonuje już od 7 lat, mówiącej o tym, że nie należy się przejmować drobnymi niepowodzeniami. Mogłoby się wydawać, że utwór opowiadający o złych dniach w szkole nie pasuje do 22 – letniej już Farnej, jednak sama artystka powiedziała, że ma do tej piosenki ogromny sentyment i lubi wracać myślami do szkolnych lat. Następnie „Tajna misja”… No cóż.. Szczerze przyznam – nie jestem ogromną fanką akurat tego utworu. Stuprocentowa radiówka o lekkiej melodii, ale tutaj? Łzy, ciarki i podziw, że można tak pięknie zaprezentować coś, co według opinii ogółu nie daje zbyt dużych możliwości rozwinięcia skrzydeł. „Cicho”… dalej zbieram myśli… Piosenka, od której tak naprawdę się wszystko zaczęło… Szybka, rockowa aranżacja idealnie pasująca do pazura Ewy… Nie tym razem. Akompaniament pianina, akustyczna gitara i delikatny głos wokalistki i nagle  -najbardziej znany utwór  poznajemy od nowa z każdym dźwiękiem. Dalej „Poradnik dla początkujących”, czyli cała prawda o polskim showbiznesie, to po prostu wesoła, przyjemna dla ucha piosenka, przy której naprawdę można się świetnie bawić. Pod numerem 5 kryje się „La la laj”, singiel dawniej wykonywany przy gitarach, teraz odkrywany z tłem fortepianowym, cichy, wyciszający, w sam raz na deszczowe, jesienne wieczory. Teraz naprawdę muszę się zatrzymać… „Ewakuacja”… Moim zdaniem największy szok, niesamowite zaskoczenie. Gdy widzę ten tytuł mam przed oczami letnie koncerty, szał na scenie (i fanów pod sceną), prawdziwy ogień, Ewa krzycząca: „Następuje EWAKUACJA!” i ostre uderzenia basów, gitar elektrycznych i perkusji. A co słyszę w słuchawkach? Cicha, jazzowa melodia, niemal szepczący głos artystki, chórki przy refrenach… To już nie jest ten sam utwór, dostał od zespołu nowe życie. Następnie „Nie przegap”, piosenka idealna do gorącej herbaty i dobrej książki, bardzo zapadająca w pamięć . „Bez łez”, wersja znacznie zmieniona, jednak mimo tego nie tracąca swojego pozytywnego przekazu i w sam raz do zabawy. Już ostatni „Znak”, gdy usłyszałam pierwsze dźwięki, zaczęłam się zastanawiać, jakie instrumenty tam grają, po czasie okazało się, że to tylko pianino, jednak użyte w dosyć nietypowy sposób. Ewa wraz ze swoim kapelmistrzem Honzą podkładali pod struny rożne przedmioty, które mieli pod ręką i tak z pianina wydobywały się zupełnie inne dźwięki niż zazwyczaj. To jednak nie koniec.

To małe, cienkie pudełeczko skrywało również drugą płytę, która była dużo większą tajemnicą. Trzy nowe utwory (w zasadzie cztery, ale jeden jest już dobrze znany z koncertów – duet z Tomkiem Lubertem „W Silnych Ramionach”). Czego się spodziewać ? Ręce mi się trzęsły, jakbym miała zaraz pisać ważny egzamin… Wysłuchałam każdego utworu bardzo dokładnie, żeby nic nie umknęło mojej uwadze. Zacznę od pierwszego „Tu”, singiel promujący całą płytę, którego tekst zapamiętałam wyjątkowo szybko, a zwłaszcza dwa wersy „Nic się nie zdarzy dwa razy” oraz „Dzień za dniem, buduj to co chcesz mieć wiecznie”. Prawdy, które niby każdy z nas zna, a jednak niewielu o nich pamięta. Często zapominamy, że nawet będąc zwykłymi ludźmi, możemy dokonać niezwykłych rzeczy. Dalej „Niekoniecznie”, Ewa mówi w tej piosence, że będąc już tyle lat na scenie, nauczyła się mówić „NIE”, że nie zawsze trzeba iść na kompromisy dla dobra wizerunku, a warto czasami zrobić coś zgodnie ze sobą i móc spojrzeć sobie w twarz. Ostatni z nowych utworów „Na ostrzu”… Opinie na temat tej piosenki są bardzo różne, każdy odbiera ją na swój indywidualny sposób. Według mnie mówi on o związkach, w których nie zawsze się układa, w których można popaść w rutynę, ale dzięki miłości jesteśmy w stanie przezwyciężyć wszystkie przeciwności losu. Nie powinniśmy się poddawać i walczyć o to, o co naprawdę warto, czyli o marzenia, bo bez nich życie straciłoby sens.

Teraz to byłby już koniec. Mam nadzieję, że moja recenzja chociaż odrobinę was zaciekawiła, ale także zachęciła do kupna płyty. Serdecznie polecam!

A pamiętacie jeszcze tę wypadającą kartkę? Obiecałam, że do niej wrócę i to właśnie ten moment.  Akustyczna trasa koncertowa… Pierwsza taka w wykonaniu Ewy (w Polsce). Przygotowania trwały miesiącami, a lista miast prezentowała się fantastycznie: Warszawa na dobry początek, poźniej Łódź, Poznań, Toruń, Gdańsk, Katowice, Częstochowa, Wrocław i na piękne, mikołajkowe zakończenie Szczecin. Miałam okazję być na jednym z tych magicznych koncertów w Gdańsku!. Jak było ? Przeczytajcie sami…

Noc z 27 na 28 listopada była ciężka, przez podekscytowanie nie mogłam długi czas zasnąć, ale jakoś się w końcu udało. Sobota zaczęła się jak co tydzień, wczesna pobudka, ubieranie, śniadanie i zajęcia z angielskiego. Skupienie się trochę kiepsko mi wychodziło, bo w mojej głowie była tylko jedna wizja: „TO JUŻ DZISIAJ!”. Długie miesiące odliczania właśnie dobiegły końca! Pierwsza połowa dnia minęła zaskakująco szybko. O godzinie czternastej, kiedy dołączyła do mnie koleżanka (którą zresztą poznałam dzięki Farnej), emocje rosły z każdą chwilą. Czekałyśmy na mojego tatę, który o 15:30 kończył pracę, zjadłam więc obiad, powspominałyśmy jeszcze letnią trasę i zaczęłyśmy się przygotowywać do wyjazdu. Szybki makijaż, pakowanie zdjęć i płyt, ostatnie zmiany strojów (bo uznałyśmy, że jak teatr to wypada elegancko wyglądać) i byłyśmy gotowe. Wsiadłyśmy z rodzicami do samochodu i wyruszyliśmy w drogę. Ciężko nam było wysiedzieć w miejscu, bo podekscytowanie dawało o sobie znać. TAK! Przetrwałyśmy podróż! Nareszcie jest !! GDAŃSK! Wysiedliśmy pod teatrem i natychmiast udałyśmy się do środka, a tam… Mnóstwo ludzi (w każdym razie tak mi się na pierwszy rzut oka wydawało). Oddałyśmy kurtki i poszłyśmy w kierunku fanowskiego sklepiku, obkupione w płyty i bluzę (mój elegancki wygląd legł w gruzach, bo natychmiast ubrałam nowy zakup), chciałyśmy znaleźć znajome nam twarze, jednak było już za późno, bo zbliżała się godzina 19 (zazwyczaj szukamy pod sceną, jednak w tym przypadku miejscówki nam to uniemożliwiły), usiadłyśmy  więc na swoje miejsca i czekałyśmy na rozpoczęcie. Początkowo czułam się bardzo nieswojo. Sam fakt, że miałamsiedzieć na koncercie swojej idolki, wydawał się marną perspektywą. Rozejrzałam się po sali i poczułam rozczarowanie, wcześniejsze wrażenie ilości ludzi, było jedynie złudzeniem, na wiem czy sala była chociaż w połowie zapełniona. W większości były to osoby dorosłe (o dziwo nie tylko rodzice), które nie były specjalnie chętne do zabawy. Zgasły światła, rozbrzmiała muzyka i na scenę weszła Ewa, która – na co dzień lubiąca luźne, wygodne ubrania – zaprezentowała nam się w olśniewającej, długiej sukni. Jednak to nie była jedyna nowość, do Farnej dołączyła trójka wokalistów (Ewa Niewdana-Hady, Anita Konca oraz Maciej Starnawski), a także (tymczasowo) Pan Stanislav Vit grający na bębnach. Scenografia była raczej skromna, za Ewą można było dostrzec wiszące lampy, a ciemniejsze, stonowane tło rozświetlały kolorowe reflektory. Początek był bardzo intymny, ciche, wolniejsze utwory… Oparta o krzesło zamknęłam oczy i utonęłam w dźwiękach. Oprócz utworów z nowej płyty pojawiły się także starsze piosenki, jak bardzo emocjonalna „Mamo” czy dedykacja dla młodszej siostry „Z napisami”. Oczywiście, takie z nas płaczki, że nie zabrakło wzruszeń…  Jednakprzyszła i pora na żywsze utwory. Rozejrzałam się po sali, widok nie był wcale zadowalający, każdy siedział. Na szczęście na ratunek przybyła Ewa, zachęcając do „podniesienia tyłeczków”. Poderwaliśmy się z miejsc i udaliśmy się na stały koncertowy punkt, czyli pod scenę. Moje poprzednie słowa na temat szukania znajomych były jak najbardziej trafne, wszyscy, których nie mogłyśmy  znaleźć,  zostali odnalezieni. Ostatnie przytulaśne powitania i zaczęliśmy się bawić jak zawsze. Głośne krzyki, tańce, skoki, nie obyło się również bez poznania nowych ludzi. Znalazło się kilka osób, którym się to nie spodobało, więc zaczęli wychodzić. Moim osobistym zdaniem było to bardzo niegrzeczne z ich strony i kompletny brak szacunku dla Ewy i zespołu, ale nie przeszkodziło nam to w dalszej zabawie. Spokojny, akustyczny koncert? Nic bardziej mylnego… Ubaw na całego i… nowa gwiazda. Farna postanowiła zaprosić na scenę fankę, aby nauczyć ją tańczyć, ta jednak zaskoczyła wszystkich znając kroki perfekcyjnie i zostając ogłoszoną objawieniem wieczoru. Dalsza część koncertu przebiegała w podobnej atmosferze, ale już z Ewą w roli głównej. Koniec zbliżał się nieubłaganie, wyjście na bis, ostatnia piosenka, ukłony i ostry niedosyt. Pusta scena to widok, którego nie chcieliśmy oglądać, a jedyny, który nam w tamtej chwili pozostał. Wyszliśmy na korytarz, w oczekiwaniu na autogramiadę, w imię tradycji zrobiliśmy grupowe zdjęcia (te normalne i te mniej również), jeszcze chwila rozmów z każdym, wspomnienia, ale także plany naprzyszłość. Po 30 minutach Ewa wyszła do swoich fanów… żarty, śmiechy, prezenty, zdjęcia i autografy… Teraz już naprawdę koniec. Przyszedł czas pożegnań – nie lubię ich, więc może pominę, każdy wie jakie są. Udałyśmy się do samochodu, jeszcze chwila nostalgii, dzielenia się wrażeniami i dom. Emocje nadal trzymały. „Co się właśnie stało? Czy ja naprawdę to przeżyłam?” Chwilę temu zobaczyłam swoją idolkę w zupełnie nowej odsłonie, nowym ubraniu i jestem zachwycona. Ogarnęła mnie swego rodzaju duma, ale także wielki podziw dla Ewy, że z taką odwagą zrobiła coś zupełnie innego i porwała tym za serca wszystkich swoich fanów. Co jeszcze?… Wdzięczność… ale czy są słowa, żeby podziękować za przyjaźń? Za to, że dzięki Niej poznajemy tak wspaniałych ludzi? Farnoholicy, Farnouski to ogromna rodzina, mimo różnicy wieku, pochodzenia i dzielących nas kilometrów zawsze jesteśmy razem i to właśnie jest nasza siła! DZIĘKUJĘ! Przede wszystkim Ewie, ale także zespołowi – Martin Chobot, Honza Steisdorfer, Tomas Lacina, Lukas Chromek i Roman Vicha – bo bez was ta płyta i trasa by nie powstała!

Cieszę się, że dotrwaliście do końca, bo to znaczy, że moja praca nie poszła na marne. Pamiętajcie, żeby walczyć o swoje marzenia do końca i nigdy nie tracić nadziei. Róbcie to co kochacie i podążajcie za swoim sercem, bo to jest droga do szczęścia.

Zachęcam Was do kupna płyty, a jeżeli spodobała Wam się atmosfera, relacja między fanami  jaką opisałam i lubicie tracić głos (norma, da się przyzwyczaić), to do zobaczenia na koncertach Ewy.

Marta Waśków