Ewa o doli idoli

Z młodą polsko-czeską piosenkarką spotkałam się przed jej bratysławskim koncertem, który odbył się w listopadzie. Ewa Farna, bo o niej mowa, jest Polką z Zaolzia. Dzięki swojemu talentowi i wspaniałemu głosowi podbiła serca publiczności w Polsce, Czechach, a także na Słowacji.

W bezpośrednim kontakcie tylko zyskuje, albowiem jest wesoła, szczera, spontaniczna i bardzo serdeczna. Już na początku naszej rozmowy poprosiła, bym nie zwracała się do niej per pani, bowiem – jak sama stwierdziła – jest jeszcze dzieckiem. To „dziecko“ ma jednak sporo dojrzałych przemyśleń, refleksji, którymi podzieliła się z naszymi czytelnikami.

Byłaś twarzą kampanii „Postaw na polskość“, zorganizowanej przez Polaków w Czechach przed spisem powszechnym. To był Twój pomysł, by zachęcić rodaków do zaznaczenia polskiego pochodzenia w kwestionariuszach spisowych?

Dostałam taką propozycję, by być twarzą tej kampanii. Jestem Polką, więc moim obowiązkiem moralnym było wziąć w niej udział. Jeśli odniosło to efekt w przypadku choćby paru osób, to było warto. Jestem bardzo dumna z tego projektu. Udział w nim był dla mnie zaszczytem.

Trzeba Polaków w Czechach namawiać, by przyznawali się do polskości?

Moim zadaniem nie było namawianie czy zmuszanie kogokolwiek do polskości. Uważam jednak, że trzeba mieć własne poczucie tożsamości. Jeśli chce się dogadywać z babcią, która jest Polką, to po co udawać, że jest się Czechem z krwi i kości, skoro ma się w sobie polską krew? Mam wielu znajomych, których rodzice są Polakami, ale posyłają swoje dzieci do czeskich szkół. Ja starałam się im uświadomić, że bycie Polakiem za granicą nie jest niczym złym, wstydliwym, a wręcz odwrotnie. Mamy taki megaplus, że mówimy zarówno po polsku, jak i w języku kraju zamieszkania. I to jest super!

Nie miałaś wątpliwości, kim jesteś?

Nie miałam. Może dlatego, że pochodzę z rodziny, w której oboje rodzice są Polakami. Ci, którzy mają rodziców różnych narodowości, mogą mieć trudniej, jeśli polski rodzic nie ugruntował w nich poczucia polskości. Wtedy mogą pojawić się dylematy, kim się jest. Młodzi ludzie w moim wieku, czy młodsi, chcą być cool: skoro wszyscy noszą jeansy, to oni też, a zatem skoro wszyscy wokół są Czechami to oni też chcą nimi być. Gdybym nie znała historii Polski, gdyby rodzice mi nie wpajali, że jestem Polką, to być może też poszłabym na łatwiznę. Choćby ze strachu przed innością.

Nigdy nie bałaś się inności?

Nie! Uwielbiam inność i jestem z niej dumna.

Czechów irytują Polacy w ich kraju?

Czesi z Pragi i okolic podchodzili do mnie z podziwem. To, że jestem Polką i znam dodatkowo jeszcze jeden język, odbierali jako mój atut. Inaczej bywa na terenach przygranicznych. Jechałam kiedyś z koleżanką autobusem i rozmawiałyśmy gwarą, czyli „po naszymu”. Miałam wtedy14 lat. Na naszą rozmowę zareagował stojący obok nas chłopak, zwracając nam uwagę, byśmy nie mówiły po polsku, bo jesteśmy w Czechach. Odpowiedziałam mu wtedy, że nie z nim rozmawiam, ale z koleżanką, mówię w swoim języku ojczystym, do czego mam prawo, a poza tym nieładnie jest podsłuchiwać. I do widzenia! Ten chłopak tak zareagował, bo tak z pewnością został wychowany w domu.

Jak znosisz ostrą krytykę polskiej żywności w Czechach?

To chwilowe. Kiedyś głównym tematem był kryzys czy świńska grypa. Teraz przyszła kolej na polską żywność. Ja jem polskie i czeskie produkty i nic mi nie dolega, wręcz przeciwnie – czuję się bardzo dobrze.

A zdarza się, że w Polsce odbierają Cię jako Czeszkę?

Czasami tak bywa. Kiedy wyszła w Polsce moja pierwsza płyta, pytano mnie, czy w sklepach powinna znaleźć się na półkach z muzyką polską czy zagraniczną. Dla mnie było jasne, że na półkach z polską muzyką – przecież jestem Polką, śpiewam po polsku, mimo że mam trochę inny akcent. Ale ten chyba coraz bardziej się zaciera choćby dlatego, że pomagają mi w tym stojący obok mnie ludzie. Wiem, że mam jeszcze sporo do nadrobienia, że powinnam czytać więcej książek… Jestem Polką, chociaż z zagranicy, i chciałabym być traktowana jak Polka.

Nic się w tym względzie nie zmieniło przez tyle lat Twojej obecności w Polsce?

Zmieniło się. Fajne jest to, że i w Polsce, i w Czechach traktują mnie jak swoją.

Często zadają Ci w Polsce pytania na temat Czechów?

Pytają mnie o podobne słowa, jaka jest publiczność w Czechach, czy podobna do tej polskiej.

A podobna?

W Pradze jest inna publiczność niż na pograniczu, w Gdańsku jest inna niż w Katowicach. Ale najczęściej na swoich koncertach w pierwszych rzędach widzę te same twarze, bo na wszystkie moje występy jeździ ze mną mój polski fanklub (śmiech).

A masz też czeski fanklub?

Tak. I słowacki – z Koszyc. To są młodzi ludzie; średnia wieku 24 lata.

Jak sądzisz, dlaczego w Polsce Czesi cieszą się taką dużą popularnością?

Myślę, że to zasługa Szwejka, Vaclava Havla, czeskich filmów. Szkoda, że to nie działa w drugą stronę, bo Czesi na temat Polaków wiedzą bardzo mało.

Może dzięki Tobie bardziej się zainteresują Polską?

Niektórzy moi fani uczą się języka polskiego. Inni mają flagę z napisem: „Svět nás rozdělují, Ewa spojuji!“. I to jest fajne. A więc to, co robię, chyba ma sens.

Doczytałam się, że pierwszy sukces odniosłaś w wieku 10 lat, kiedy na wspólnej scenie na Zaolziu zaśpiewałaś z Marylą Rodowicz?

Tak, to było w Wędryni, gdzie się urodziłam i wyrastałam. Tam właśnie odbył się ten występ. Wówczas to wygrałam pierwszy swój konkurs. Poszukiwania odpowiedniej piosenki trwały chyba tydzień, bo przecież Maryla Rodowicz ma tak bogaty repertuar, a chodziło przecież, by piosenka pasowała też do mnie, wtedy 10-letniej dziewczynki. Tata wybrał mi piosenkę pt. „Chcę do Bodzia“. Przygotowałam się do występu, ale nie chciałam próbować przed rodzicami – wstydziłam się. Od razu stanęłam na scenie przed trzyipółtysięczną publicznością. Z tremą nie miałam problemu i wcale mi nie przeszkadzało, że obok stała Maryla Rodowicz. Ona miała ze mnie ubaw, bo śpiewałam jej piosenkę, nie zwracając na nią żadnej uwagi – nie dałam jej nawet dojść do głosu, by mogła zaśpiewać ze mną refren.

A wyrastałaś na jej piosenkach?

Tak, wyrastałam na muzyce, której słuchał mój tata: Lady Pank, Perfect, Maryla Rodowicz, Budka Suflera. Kiedy miałam 13 lat, wyszła pierwsza moja płyta w Polsce i zostałam zaproszona na jakąś galę. Z gości tam zaproszonych rozpoznałam tylko Dodę, która wtedy mnie kręciła, więc jak ją zobaczyłam, to byłam superszczęśliwa. Natomiast pozostałych w ogóle nie znałam, wiedziałam jedynie, że na ich punkcie szaleje publiczność. Potem były inne imprezy, jak Sopot, Telekamery czy inne jakieś tam ważne imprezy. Zaczęłam się już trochę orientować, kto jest kim na polskim rynku muzycznym. Myślę jednak, że takie dziecięce podejście, czyli traktowanie wszystkich jednakowo, bez względu na to, czy ma się do czynienia z gwiazdą, czy z pracownikiem technicznym, jest zdrowsze.

Udział w programie „Szansa na sukces“ otworzył Ci w Polsce drzwi do muzycznej kariery?

Mam odpowiedzieć szczerze? (śmiech). Mając 12 lat, wzięłam udział w tym programie. „Szansa na sukces“ to ważny moment w moim życiu – pierwszy występ w telewizji. Mniej więcej w tym samym czasie podpisałam umowę ze swoim managerem Leszkiem Wronką, który mnie wypatrzył na jakimś lokalnym konkursie. Przez rok przygotowywaliśmy tę umowę, rodzice się wahali, ale zaufali Leszkowi. Znają go długie lata, razem uczęszczali do tego samego gimnazjum w Czeskim Cieszynie; to nasz człowiek. Wtedy miałam podpisaną umowę na czeski rynek, pracowaliśmy nad czeskim krążkiem, a o Polsce nawet mi się nie śniło!

„Szansa“ przyniosła szansę?

W odcinku, w którym wzięłam udział, jury tworzyli panowie: Jacek Cygan, Piotr Rubik i Ryszard Rynkowski. Znałam ich wszystkich, ale najbardziej byłam zachwycona możliwością poznania prowadzącego – pana Wojciecha Manna. Tę „Szansę na sukces“ wygrałam, ale potem przyszło rozczarowanie. Zwycięzcy poszczególnych odcinków, emitowanych w ciągu roku, są zapraszani na specjalny występ finałowy. Mnie nie zaprosili, gdyż mam czeskie obywatelstwo, a regulamin nie pozwala na udział obcokrajowców. Zatem tej szansy nie dostałam.

Było rozczarowanie, łzy?

No były, bo ja przecież jestem Polką. Taki wielki finał telewizyjny… Chciałam tam być.

Ale oliwa sprawiedliwa, zawsze na wierzch wypływa…

Miałam już w życiu kilka takich sytuacji, kiedy coś miało wyjść super, ale się nie udało. Za to później przychodziła rekompensata.

No i teraz to Ty jesteś zapraszana jako juror do rożnych programów muzycznych w Czechach i w Polsce.

To fajne doświadczenie. Propozycję do czesko-słowackiego „Idola“ dostałam już wcześniej, ale ją odrzuciłam, bo wtedy nie miałam jeszcze 18 lat. Byłoby to przynajmniej dziwne, gdyby małolata oceniała innych. Przynajmniej na papierze powinnam być dorosła. Potem propozycję przyjęłam i zrobiło się o tym głośno, więc dostałam kolejne – do „Voice’ów” w Czechach i w Polsce. Propozycje na szczęście są, dzięki Bogu.

Jak podchodzisz do młodych ludzi, startujących w takich programach? Nie obawiasz się konkurencji?

Nie lubię słowa „konkurencja“. Konkurencja może być w zjazdach narciarskich, w których chodzi o to, kto pierwszy dotrze do mety. W muzyce to kwestia gustu. Obserwuję te wszystkie programy w Internecie, bo nie mam telewizji. Tyle ciekawych głosów, barwnych osobowości! Ja startowałam 8 lat temu, ale wtedy było inaczej.

Udział w takich programach muzycznych ma sens?

Ma! Przecież w Polsce niektórzy uczestnicy tych programów robią karierę, ich muzyka jest grana w radiach. Gorzej jest w Czechach, gdzie ludzie chcą słuchać znanych piosenek i tym kierują się rozgłośnie. W Czechach trudniej jest się przebić, a w Polsce trudniej utrzymać na rynku.

Wiem, że lubisz ten cytat z „Małego Księcia“: „Kiedy się dorasta, to kałużę się obchodzi, a kiedy jest się dzieckiem, to wchodzi się prosto do niej“. Na jakim etapie jesteś obecnie?

Ja ciągle będę wchodzić w kałuże. Naprawdę! Chciałabym na zawsze zachować w sobie coś z dziecka. To takie fajne, beztroskie, nieskażone, szczere. Uwielbiam dzieci. Kiedy idę na jakąś galę, radzę się mojej młodszej, 7-letniej siostry, w co mam się ubrać. Ona mi podpowiada szczerze. Chłopak zawsze mi powie, że jestem piękna, manager zasugeruje, która sukienka zrobi wrażenie, by o mnie pisano w mediach, ale dziecko powie prawdę.

Przechodziłaś przez trudny okres dojrzewania, buntu?

Może to jeszcze przede mną? (śmiech). Mam nadzieję, że nie. Zawsze super dogadywałam się z rodzicami. Mój bunt może wyglądać tak: jeśli nie chce mi się wystąpić na koncercie, to – niestety – zdaję sobie sprawę, że nie ma odwrotu. Wtedy sama do siebie mówię: „Dziewczynko, musisz pracować, masz zobowiązania!“. Jestem osobą, która innym daje na chleb, więc nie mogę się nagle rozmyślić. Dziś się trochę buntuję, bo nie chcę już tak intensywnie pracować. Chcę trochę pożyć. Dwadzieścia lat ma się tylko raz w życiu. Chcę mieć czas na pójście do kina. Nie chodzi o to, by spędzać czas na chlaniu w nocnych klubach. Nigdy nie miałam na to czasu ani ochoty. Moi rówieśnicy, mając 15 lat, mówili: „Uciekniemy na chwilę od starych“. I uciekali, a ja tak rzadko bywałam w domu, więc cieszyłam się na każdy wolny od koncertów dzień, który mogłam spędzić z rodzicami.

Słuchasz rad rodziców?

Bez rodziców nie byłabym w tym miejscu, w którym jestem, nie miałabym poglądów, które mam teraz, nie byłabym sobą. Może siedziałabym gdzieś i paliła trawkę? W tym wieku młodzież jest bardzo wpływowa, a ja nie widzę powodu, by się buntować. Jestem wdzięczna rodzicom, że mają na mnie taki wpływ.

Jesteś wzorem dla młodych ludzi? Czujesz tę odpowiedzialność?

 

Tak, ale z drugiej strony w mediach często przedstawia się mnie inaczej. Wystarczy, pstryknąć mi zdjęcie, jak przewracam oczami, zamieścić je gdzieś i podpisać, że Farna się schlała. Naczytałam się już o sobie takich bzdur… I co mają sobie myśleć o mnie młodzi, którzy czytają takie informacje? Odsyłam ich wtedy do tekstów moich piosenek i rzetelnych wywiadów w dobrych czasopismach.

Jaka więc jest Ewa Farna?

Lubię napić się wina, ale nie chleję, nie piję mocnych trunków. Mam 20 lat i nikt mnie nie przyłapał na piciu alkoholu przed ukończeniem18 roku życia, bo po prostu tego nie robiłam. Założyłam się z kimś, że nie będę pić alkoholu, dopóki nie osiągnę pełnoletniości, i zakład wygrałam. Nikt mnie nie przyłapie na paleniu trawki, bo jej nie palę. Żyję według zasad, które wszczepili mi rodzice. Moja rodzina jest wierząca, więc kieruję się dekalogiem, choć sporo osób myśli sobie, że to jakaś ściema i że ja tylko gram grzeczną dziewczynkę.

Jak taka młoda osoba jak Ty radzi sobie z tabloizacją swego życia? Chyba trudno Ci jest się pogodzić z tym, że pisze się o Tobie kłamstwa?

Co mi pozostaje? Mogę się wkurzać, biegać po sądach, ale co mi to da? Ja mam na głowie muzykę, mój zespół ma na głowie mnie, musimy robić to, co do nas należy. Chciałam być prawnikiem, może nim jeszcze zostanę, a może nie. Ale moim zadaniem nie jest bieganie po sądach, by wykłócać się o parę słów z jakimś dziennikarzem. Właściwie ci, co piszą takie bzdury dla tabloidów, to nie dziennikarze, ale bajkopisarze. Smutne jest to, że dzisiejszy świat żyje negatywnymi informacjami. Ale widocznie ludzie tego potrzebują. Dlatego tabloidy nie będą pisać, że Farna wydała płytę i że ta płyta dobrze się sprzedaje, że jedzie w trasę do Włoch czy Ameryki.

Jakie kłamstwo wymyślili na Twój temat „bajkopisarze“?

Było tego sporo, ale niedawno doczytałam się w czeskiej prasie bulwarowej, że Farna ma bardzo owłosione ręce. Potraktowałam to z przymrużeniem oka i na najbliższym koncercie wystąpiłam z doklejonymi włosami na rękach, odpowiednio to komentując.

Kilkanaście lat temu inna pochodząca z Zaolzia Polka, Halina Mlynková, odniosła sukces muzyczny w Polsce, w Czechach i na Słowacji. W Twoim przypadku jest podobnie. Jak byś opisała fenomen Zaolziaków?

Przebojowość. Mamy coś w sobie!

Ale o Halinie Mlynkovej słuch zaginął. Wiesz, co się z nią teraz dzieje?

Pamiętam jak Halinka śpiewała z Brathankami. To był świetny zespół, przyświecała im jakaś idea, ale kiedy grupa się rozpada, trudniej jest budować solową karierę. Halinka wydała teraz singiel, pracuje w Pradze, nagrywa płytę. Jesteśmy w kontakcie, bowiem mój manager jest teraz jej partnerem. Tabloidy napisały, że jestem zazdrosna o Halinkę, bo Leszek spędza więcej czasu z nią niż ze mną. Odpowiedziałam im, że nie mam z tym żadnego problemu, gdyż to przecież ja ich zeswatałam.

Rozmawiacie o tym, jak zmienne bywają upodobania widzów, słuchaczy, którzy jednego dnia noszą gwiazdę na rękach, a drugiego zapominają jej nazwiska?

Nagrywałam niedawno klip do nowego singla, który jest grany w radiach. Jest dobrze, ale nie wiem, jak będzie za parę lat. Może fani będą woleli stare piosenki nastoletniej Farnej, jak „Cicho“, „Ewakuacja“? W przyszłości strasznie chciałabym być jak Maryla Rodowicz, która wciąż gra koncerty i zapewne ciągle ma problem, które hity wybrać na dany wieczór, bo przecież ma ich aż tyle!

Małgorzata Wojcieszyńska

Zdjęcia: Stano Stehlik