Wywiad Październik 2015

Gwiazda bez gwiazdorzenia. Seksowna i kobieca. Aktywny śpioch. Towarzyska, choć lubiąca chwile samotności. Energiczna i liryczna. Słodka jak kawałek czekolady doprawionej chilli. Ewa, która i śpiewa, i gotuje. Ewa Farna, jakiej nie znacie.    
image

Zazwyczaj osoby żyjące w pośpiechu, intensywnie, deklarują, że szkoda im czasu na sen, skoro jest tyle do zrobienia. Pani podobno wręcz celebruje sen. Czy Ewa Farna lubi spać?

Jestem wielkim śpiochem. Ciepły prysznic i pod kołdrę, to mój sposób na regenerację.

Śni Pani po polsku? Po czesku?

Gwarą cieszyńską. I rzadko coś mi się śni. Albo po prostu nie pamiętam.

Uwielbia Pani spać, tylko że w praktyce trochę mało śpi.

Kiedy jest dużo pracy, to zarywam ranki. Staram się teraz mimo wszystko prowadzić w miarę higieniczny tryb życia i o ile nie muszę wstać do porannego programu w telewizji o czwartej rano, wysypiam się i dbam o to. Nie ma się co katować, odpoczynek jest ważny i to też część mojego zawodu. Muszę być zregenerowana, żeby wykonać pracę na 100 procent. To też jeden z  moich sposobów, by dbać o głos. Bez snu struny głosowe odmawiają współpracy.

A te pozostałe metody, poza snem?

Milczenie (śmiech). Poważnie. Każdy, kto mnie zna, to się śmieje, bo wie, że lubię gadać. Przed operacją (w 2013, kiedy przeforsowała struny głosowe – przyp. red.) lekarz nakazał mi milczenie i to pomogło. Ponieważ głos jest nadwyrężany nie tylko podczas śpiewania, ale również podczas mówienia, a najbardziej kiedy staramy się szeptać. Dzięki temu milczeniu ten mięsień się regenerował, nie musiałam iść na operację strun głosowych. Od tego czasu bardzo tego przestrzegam. Problem z gardłem zaczął się oczywiście wcześniej, gdy jeszcze byłam w szkole. Kiedy wywoływano mnie do tablicy, przynosiłam karteczkę, że wolę napisać sprawdzian. Brano mnie za zadufaną w sobie lalę, ale potem nauczyciele na szczęście zrozumieli, że niemówienie pomaga. Teraz też staram się oszczędzać gardło. Przed ważnym koncertem absolutnie odpadają imprezy w klubie, krzyczenie na koncertach innych wykonawców albo siedzenie długo w nocy z przyjaciółmi. Najlepiej iść do kina, bo tam nie można rozmawiać. Albo pójść z koleżankami na kawę.

I wtedy one gadają?

Nie, ja też… Faktycznie, spotkania z koleżankami na kawie to najlepiej nie w te dni z koncertami. (śmiech) 

Śpiewacy operowi polecają też surowe żółtka, bo świetnie nawilżają gardło…

Słyszałam o tym, ale nie, jednak nie przełknęłabym. Każdy ma swoją receptę. Już mam wypraktykowane sposoby. Raczej nie mogłabym się opalać, bo słońce wysusza. Odpadają orzeszki, czekolada i czarna herbata ze względu na garbniki. Zero alkoholu. Ale z drugiej strony, gdy widzę słońce, zespół idzie się opalać, nie mogłabym im powiedzieć, słuchajcie, nie idę z wami, bo głos… Chcę bardziej powiedzieć, że głos jest dla mnie narzędziem pracy, a nowego kupić nie można, więc muszę się o niego troszczyć. A chcę śpiewać, kocham to, więc dziękuję Bogu za ten głos i staram się o niego dbać.

Co uważa Pani za swój największy atut? Poza głosem.

Naturalność i szczerość. Stwierdziłam, że w moim krótkim na razie życiu muszę robić rzeczy, które są autentyczne. Po to, żebym mogła co rano przeglądać się bez żenady w lustrze. Nie chodzi o to, żebym nigdy nie szła na kompromisy, bo ta praca ich w wielu miejscach wymaga. Tylko  kiedy mam poczucie, że coś idzie nie w tym kierunku, w którym powinno, to się na to rozwiązanie nie godzę. Chcę zasypiać w spokoju, zachowywać się fair wobec moich współpracowników i być uczciwą, bo tak zostałam wychowana.

22 lata, prawie 10 lat na scenie, osiem płyt na koncie. To dużo jak na tak młodą osobę. Myślę, że to też powód do dumy.

Na pewno tak. Co nie oznacza, że uważam się za kogoś lepszego od innych wykonawców tylko dlatego, że mam osiem płyt, a ktoś inny, starszy ode mnie, „zaledwie trzy”, bo te „zaledwie trzy” mogą być znakomite i bardzo ważne. Inny przykład: ktoś może powiedzieć: „mam platynową płytę”, ale jego krążek można kupić za 6 złotych a nie za 40, co obniża nieco wartość tej platyny. Teraz wiem, że w śpiewaniu nie chodzi o ilość, ale o jakość. Mam te osiem płyt, ale teraz już niepotrzebne mi jest takie tempo. Im jestem starsza, tym jestem bardziej krytyczna wobec siebie, nie biorę wszystkich podsuwanych mi tekstów. Co innego też powinno się śpiewać, kiedy się ma 15 lat, a co innego, kiedy 25. Gdy byłam nastolatką, nie byłam pewna, jak napisać słowa piosenki, jak je zinterpretować, czy tekst w ogóle jest dobry. Ale z drugiej strony miało to siłę naturalności i cieszę się, że tak fajnie się rozwinęło. Teraz jednak przyszedł kolejny etap.

Czy w ramach dorastania muzycznego Ewy Farnej ta nowa płyta będzie jazzująco-bluesowo-akustyczna?

Poczułam, że chciałam sobie tak pograć. Mamy zaplanowaną trasę koncertową w dużych miastach, od Warszawy 5 listopada. Będziemy grać też w Łodzi, Poznaniu, Toruniu, Gdańsku, Katowicach, Częstochowie i Wrocławiu. Mam nadzieję, że ta nowa Ewa się spodoba, bo chciałam też trochę pokazać moim fanom, że jest świetna muzyka także poza dyskoteką i klubowymi remiksami. Muzyka, której nie generuje i nie poprawia komputer.

Co było impulsem, żeby taką płytę nagrać?

Trzy lata temu mój kapelmistrz miał koncert absolwencki, dla 50 osób w klubie. Poprosił, żebym zaśpiewała dwa moje utwory, które totalnie przerobił. Byłam zachwycona, znakomicie mi się te nowe wersje śpiewało, była w tym i intymność, i delikatność, i więź z publicznością. To było fantastyczne przeżycie. Chciałam to powtórzyć.

Na Pani koncerty przychodzą tłumy fanów i w Polsce i w Czechach. Jednak, gdy obejrzałam teledysk do jednej z Pani piosenek, do „Rutyny”, okazało się, że życie młodej idolki ma swoje blaski, ale i sporo cieni. Bo wśród rzeszy oddanych, bezinteresownych fanów mogą trafić się nękające ukochaną gwiazdę świry. Tak to wygląda?

Ten teledysk powstał, żebym mogła się oczyścić z negatywnych emocji. Uwielbiam moich fanów, cudownych ludzi, dzięki którym mam pracę, którą kocham. Ale oddzielam wielbicieli, którzy kupują płyty, chodzą na koncerty, znają teksty i sympatyzują ze mną i moją muzyką, od tych, którzy chcą tylko mieć zdjęcie z kimś, kto jest sławny, i nie mają tak naprawdę pojęcia, co robię. Jeśli nie dam im autografu, to automatycznie przestanę być fajna. Ta piosenka w gruncie rzeczy jest zainspirowana prawdziwym wydarzeniem. Kiedyś po koncercie dość długo rozdawałam autografy. Tego dnia trwało to nawet dłużej, niż trwał sam koncert. Byłam zmęczona. Zespół był spakowany, musieliśmy ruszać, bo mieszkamy przecież w Pradze, więc czekała nas długa podróż. Ale ta pani, na oko 30-letnia, niestety nie mogła tego zrozumieć i zaczęła mnie strasznie wyzywać.

Dorosła kobieta?

Zrozumiałabym dziecko, które się wkurzyło, bo czegoś nie dostało. Grzecznie powiedziałam jej, że przyjechałam tu na koncert i rozdawanie autografów jest do niego dodatkiem, a nie odwrotnie. Zaproponowałam, że przyślę zdjęcie z autografem, ale to wywołało kolejne wyzwiska. Ta sytuacja bardzo mnie zasmuciła. Takich ludzi nie mogę nazwać fanami. Tych prawdziwych bardzo szanuję. To nie są osoby, które czyhają pod moim domem, śpią w tym samym hotelu co ja, śledzą mnie podczas śniadania albo pukają o 4 rano do drzwi – po autograf – wiedząc, że śpię.

Może myślą, że artystka balanguje…

Hotelowy pokój to jedyne miejsce na trasie, gdzie mogę mieć choć trochę prywatności, której potrzebuje każdy. W takiej chwili i o takiej porze nie jestem w stanie otworzyć drzwi z promiennym uśmiechem i powiedzieć: „Tak, kochanie, oczywiście, to twój autograf”, bo mega się wtedy wkurzam. Albo inna sytuacja. Schodzę na śniadanie z zespołem i widzę, że osoba siedząca po sąsiedzku robi mi zdjęcia, kiedy jem, co jest słabe. I o takich ludziach jest ten teledysk. O tych, którzy chcą pozbawić mnie prywatności. O tych, którzy na Facebooku wytwarzają fałszywe profile moich rodziców. Albo dzwonią do nich do pracy, żeby się z nimi spotkać. Potrzebowałam się z tego wyśpiewać, bo nie potrafię mówić, że wszystko jest słodkie, cudowne i miodowe, że ta praca nie ma ciemnych stron, choć jest cudowna, najlepsza na świecie.

Ale ci ludzie nie uważają, że to jest poważne zajęcie, tylko taka zabawa, hobby…

Miało być inaczej: oprócz śpiewania chciałam studiować i robić coś innego. Byłam na UW na prawku przez rok. Nikt mnie z prawa nie wyrzucił. Sama zrezygnowałam, bo nie dawałam rady z czasem. Znajomi pytają: „Raz w tygodniu zaśpiewasz… i co będziesz robić przez cały tydzień?”. Jasne, mam czas pracy, który sobie ustalam, ale to wciąż praca. Piękna, inna, ale wciąż wymagająca wysiłku.

Jak wygląda dzień Ewy Farnej?

Budzę się, idę na śniadanie, jeśli zdążę, a dziś nie zdążyłam. Pracuję: sesja fotograficzna, wywiad, nagranie, kończę gdzieś koło 22 lampką wina w hotelowym lobby. Wczoraj cały dzień sesja, malowanie, czesanie, ubieranie – tym razem do płyty. Wieczorem gala, na której miałam się pojawić jako laureatka. Innego dnia koncert plus dojazd. Jednak najczęściej, po prostu, odbywają się spotkania, dogadywanie tego, jak będzie wyglądać scena, jak będzie brzmiała piosenka, o czym ma być tekst, jaki zrobimy marketing do koncertu jubileuszowego, jak będą wyglądać koszulki z moim imieniem itp. Sam koncert to już tylko prezentacja tych przygotowań.

Dużo tego.

Lubię intensywny tryb pracy. Potem bardziej doceniam czas spędzony z rodziną, kiedy mam spokój, mogę czytać książki albo pisać piosenki, szukać inspiracji. Wolę, kiedy dzień jest wypełniony od rana do nocy, a potem mieć trochę wolnego.

Wraca Pani do domu, do Pragi, a tam pod domem koczują paparazzi…

No właśnie nie, bo nikt nie wie, gdzie mieszkam. Mam totalny spokój. Nie pokazuję też dziennikarzom, jak mieszkam. Kiedy jestem w Pradze, mogę wyjść z psem na przechadzkę, wyrzucać śmieci, nikt mnie nie zaczepia. Nawet, jeśli wychodzę w dresie albo w koszuli mojego chłopaka.

Może dlatego, że dba Pani o prywatność siebie i osób najbliższych. To ich prośba, czy Pani potrzeba?

Na pewno cieszą się z tego, że nie muszą się afiszować tym, co jest w ich życiu prywatnym. To naturalne, że chcę ich chronić, bo to jest mój wybór, że jestem w świecie show-biznesu, a nie ich. Kiedy mówię o moim życiu, uważam na to, żeby nie naruszyć prywatności rodziców, brata, mojego chłopaka. Czasem to trudne, bo dotyka, chociaż byśmy tego nie chcieli.

To jest Pani wybór. A kto zdecydował o Pani karierze?

Nie chciałam być piosenkarką. Miałam 12 lat, wzięłam udział w konkursie, na co nalegała moja nauczycielka. Mówiłam, że mi się nie chce śpiewać bez chóru, ale ona nie ustępowała. Zawsze lubiłam muzykę, ale nie miałam takiego parcia na karierę. Nie miałam też wtedy pomysłu na siebie. Może dlatego mi się udało, że nie miałam tego ciśnienia. I cieszę się, że tak się stało. Umiem tylko śpiewać. Nie potrafię dobrze sprzątać, jak się okazało – nie mam głowy do bycia prawnikiem, jestem na bakier z matematyką, więc nie mogłabym być ekonomistą. Chyba nic mi lepiej w życiu nie wyjdzie niż śpiewanie. Tego się trzymam. Chociaż… jest jeszcze wiele rzeczy, które chciałabym w życiu robić.

Co na przykład?

Zaczęłam chodzić na lekcje tańca. Poza tym lekcje wokalu. Mam też spotkania z osobą, która uczy mnie pisania tekstów, żeby być lepszą i lepszą. Pewnego dnia przecież przyjdzie lepsza, młodsza, szczuplejsza dziewczyna i będzie po zabawie. Więc chcę się starać i nie spoczywać na laurach.

I rozwijać inne talenty, na przykład gotowanie?

Kocham gotować, lubię dobrze zjeść, co oczywiście widać. W Czechach też mamy odpowiednik Magdy Gessler, takiego restauratora, znakomitego kucharza Zdenka Pohlreicha. Znalazłam się u niego na kursie. Raczej była to kuchnia międzynarodowa, bo czeska jest zbyt, jak na mój smak, ciężka. Nie miałabym też tyle cierpliwości, żeby, powiedzmy, 12 godzin piec drób. Cenię sobie szybkie dania. Błyskawiczne jest na przykład domowe pesto. Ale potrafię też upiec pasztet czy zrobić keczup, które wymagają już nieco więcej czasu. Po prostu gotowanie mnie relaksuje. Uwielbiam dobre jedzenie i dobrą kuchnię.

Ulubiony kucharz?

Liczy się jedzenie, nie nazwisko. Chociaż byłam w restauracjach Gordona Ramseya. W tym w takiej egzotycznej, bo w Katarze. Ktoś chyba dużo zapłacił za franczyzę, choć na szczęście jedzenie było smaczne. Chciałabym się wybrać do Atelier Amaro. Lubię taką wyrafinowaną kuchnię, ale i zupełnie prostą domową. Dobry żurek czy barszcz, genialne polskie zupy, potrafią wspaniale smakować, pod warunkiem oczywiście, że zrobiono je ze świeżych składników. Bardzo lubię też zrobić sobie bachora…

Słucham?

Bachora to taka zaolziańska specjalność, rodzaj ziemniaczanych kiełbasek z surowych ziemniaków wymieszanych z boczkiem i przyprawami. Jelito wypełnione tą mieszanką zapieka się. Są pyszne, choć to oczywiście mało dietetyczne danie. [Coś jak kiszka ziemniaczana z Podlasia – wyjaśnia Karolina, menedżerka Ewy].

Gdzie nauczyła się pani gotować?

Wcześniej jakoś nie przejawiałam specjalnych zainteresowań. To mój brat raczej uczył się od mamy. Zaczęłam gotować dopiero, gdy przeprowadziłam się na studia do Warszawy. Oczywiście fajnie jest chodzić do dobrych restauracji, ale co wieczór? No i nie chciałam, żeby ładna kuchnia stała odłogiem. Tak się zaczęło.

Dla kogo pani gotuje?

Na początku głównie dla siebie, dla przyjaciół, dla chłopaka i dla chłopców z zespołu. Razem często się spotykamy na gotowanie.

Nie macie siebie dość po godzinach spędzonych na dojazdach, w hotelach?

Właśnie nie, bardzo się lubimy, przyjaźnimy i nie nudzimy się. Czasem oczywiście w busie każdy potrzebuje samotności i wtedy słuchamy muzyki, czytamy albo oglądamy seriale, albo wchodzimy na Facebooka. [Ewa często sama rozmawia z fanami na własnym profilu. Pokazuje im fragmenty swojego zawodowego życia. Pochwaliła się też sesją dla magazynu Skarb]. Ale głównie rozmawiamy, śmiejemy się, czasem bawimy w wymienianie nazw zespołów na jakąś konkretną literę. Znamy się doskonale, bo z większością składu koncertuję już dobre kilka lat. To bardzo fajne chłopaki.

Ma Pani taką ambicję, żeby wzorem Maryli Rodowicz czy Heleny Vondráčkovej zostać gwiazdą całej Grupy Wyszehradzkiej?

Jak każdy artysta marzę, by ludzie słuchali mojej muzyki. W tym przypadku jednak bardzo bym chciała zostać ambasadorką polsko-czeskiej przyjaźni. Bo o ile Polacy kochają Czechów: język, który wydaje im się zabawny, filmy, stare seriale i kultowe dobranocki, nie mam wrażenia, że Czesi pałają równą sympatią do Polaków. Chciałabym to zmienić.

O czym jeszcze pani marzy?

Hmmmm…

Oczywiście, oprócz pokoju na świecie…

To marzenie każdej miss (śmiech). Aby było dobrze na świecie, musimy zacząć od siebie i rozsiewać te ziarenka dobra, gdzie tylko możemy. Może gdzieś ono będzie kiełkować. Moje największe marzenie to mieć w przyszłości fajną rodzinę. A innym życzę, żeby czuli się tak kochani, jak ja czuję, że jestem kochana.

Rozmawiała Katarzyna Jaraczewska dla Skarb Rossmann Polska